Travellerspoint Blogi z podróży

To juz prawie koniec naszej podróży

Na lotnisku we Frankfurcie

overcast -1 °C
Zobacz Australian Dreamtime..... kstaniek's na mapie.

Właśnie wylądowaliśmy we Frankfurcie. Lot minął spokojnie. Dziewczynki przespały prawie całą podróż. Mam nadzieję, że poradzimy sobie z jet lagiem. Wlasnie siedzimy sobie u Goethego i czekamy na śniadanko. Najgorszy komunikat od kapitana to informacja, że na lotnisku we Frankfurcie jest -1. To straszne. Na szczęście nie musimy czekać na zewnątrz. Samolot do Katowic mamy dopiero 11:40. Chyba tu umrzemy z nudów. Do zobaczenia w Polsce

Wysłane przez kstaniek 08.02.2008 06:20 Kategoria Niemcy Komentarze (1)

Droga do domu

...przez mękę

overcast 27 °C
Zobacz Australian Dreamtime..... kstaniek's na mapie.

Własnie siedzimy sobie na lotnisku w Singapurze. Nie chce nam się już chodzić. Nic nam się nie chcę. Przed nami 13 godzin lotu do Frankfurtu. Strasznie. Jedyne pocieszenie to, to że w drodze powrotnej zawsze wydaje się, że czas płynie szybciej. Za 40 minut boarding. Wydalismy juz ostanie dolary singapurskie. Bagaże nadane do samych Katowic.
Powspominajmy troche.
Wczoraj byliśmy na dwóch wycieczkach. Jedna na wyspę Sentosa. Autokarem w tempie iście ekspresowym. Najpierw podjechaliśmy pod stację kolejki gondolowej. Tak tak, jednym ze sposobów dostania sie na Sentosa Island jest kolejka gondolowa, podobna jak na szyndzielnię, z tym ze ma jeszcze stację pośrednią. Bez przesiadki, ale za to można wysiąść wprost do centrum handlowego. Następny przystanek to juz wyspa. Widoki przepiękne.
Na Sentosa mozna dostać się jeszcze kolejką monorail i samochodem.
Generalnie Singapur lezy na ponad 60 wyspach. Są wyspy tylko wypoczynkowe, jak Sentosa. Są też wyspy przemysłowe. Np na jednej z nich znajduje się rafineria, mimo, że Singapur nie posiada złóż ropy to jedna jest liczącym sie na świecie jej przetwórcą.
Wracając do Sentosa, to widzieliśmy przepiękne akwarium, z ogromną kolekcją największych gatunków krabów i podwodnym tunelem gdzie można obserwować rekiny, mureny i inne grożne i nie tylko stworzenia morskie.
Potem pojechaliśmy zobaczyć symbol Singapuru i posłuchać legendy o powstaniu Singapuru. Czy ktoś wie co jest symbolem Singapuru?
To Marlion - lew z ogonem ryby. Zresztą orginalna malajska nazwa Singapura tłumaczy się jako Miasto Lwa (singa - lew, pura - miasto).
Marlion na Sentosa jest ogromny. Można wejść do jego wnętrza i zobaczyć filmową wersję legendy o powstaniu Singapuru, a następnie wjechać na górę windą. Na górze mamy do dyspozycji dwa tarasy widokowe, jeden na głowie Marliona a drugi w jego ustach. Oczywiście nie musicie zgadywać. Tak - widok jest przepiękny. Z głowy Marliona widać 360st całą wyspę i miasto.
Potem pojechaliśmy zobaczyć różowe delfiny. To taki gatunek delfina butlonosego, który wraz z wiekiem zmienia odcień na różowy - ciekawostka. Porównując znowu ten pokaz do pokazu, który widzeliśmy na Teneryfie, niestety musimy przyznać, iż był wyjątkowo marny.
Wróciliśmy do hotelu coś koło 13:00 i kupiliśmy sobie kolejną wycieczkę tym razem statkiem po porcie i wzdłuż brzegu Sentosa.
Przed wycieczką wyskoczyliśmy jeszcze na Orchard Rd na zakupy. Tam też dowiedzieliśmy się, że jest ostatni dzień roku wg kalendarza księżycowego, bo wiele sklepów było już zamkniętych.
Wróciliśmy wykończeni upałem i wilgotnością powierza. Lekki refreshment i z powrotem na wycieczkę.
Rejs statkiem był cudownym zakończeniem dnia. Najedliśmy się do syta i romantycznej atmosferze podziwialiśmy widoki stopniowo wyłaniających się swiateł miasta.
Wróciliśmy do hotelu około 22:00 i padliśmy natychmiast do naszych łóżek.
Rano obudziły nas odgłosy wielkich chińskich bębnów. Zeszliśmy do hotelowego lobby i zobaczyliśmy niesamowite przedstawienie. To grupa akrobatów przyjechała zaprezentować taniec Tygrysa i Lwa. Dowiedzieliśmy się, ze te tańce są częścią obchodów Chińskiego Nowego Roku a pokaz prowadzi szkoła kung-fu. Oj faktycznie trzeba było akrobatów, żeby to zatańczyć. Zresztą widać było, zmęczenie na twarzach tancerzy.
Po przedstawieniu zjedliśmy śniadanko, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy jeszce raz na miasto, tym razem do China Town. Niestety okazało się, ze wszystko jest pozamykane, a parady związane z Nowym Rokiem rozpoczną się dopiero wieczorem.
Taksówkarz zawiózł nas jednak do bardzo ciekawego miejsca. To mała manufaktura, gdzie ręcznie produkuje się wiele ciekawych rzeczy z kamieni ozdobnych. Poczynając od biżuterii, a kończąc na ogromnych obrazach trójwymiarowych, kosztujących kilkadziesiąt tysięcy dolarów.
Zachwyceni tym miejscem skusiliśmy się i zrobiliśmy drobne zakupy. Dobrze, że już wracaliśmy z wakacji i byliśmy spłukani, bo moglibyśmy tam wydać znacznie więcej.
Wróciliśmy do hotelu, wymeldowaliśmy się i ostatnie 4 godziny spędziliśmy w hotelowym basenie.
Po krótkim odpoczynku dojechaliśmy na lotnisko. I tak właśnie skończyła się nasza przygoda z Singapurem.

Wysłane przez kstaniek 07.02.2008 22:02 Kategoria Singapur Komentarze (2)

Singapur

Co nas zaskoczyło na wstępie

overcast 27 °C
Zobacz Australian Dreamtime..... kstaniek's na mapie.

Jest 22:56 czasu Singapurskiego. Jesteśy już w hotelu. Udało się uzyskać dostęp do Internetu i musiałem Wam to pokazać. Zobaczcie jak podróżowały nasze walizki z lotniska do hotelu.
walizki.jpg
Taksowkarz był przygotowany i miał odpowiednią linkę. Z tak zapakowanymi walizkami pędziliśmy 100km/h przez miasto prosto do hotelu. Jutro jest Sylwester w/g kalendarza księżycowego i chyba się załapiemy na jakąś imprezkę.
Idziemy spać. Jutro będzie busy day.

Wysłane przez kstaniek 05.02.2008 22:55 Kategoria Singapur Komentarze (2)

See yeah latter

czyli do zobaczenia Australio


Zobacz Australian Dreamtime..... kstaniek's na mapie.

Właśnie siedzimy sobie na lotnisku w Perth. Za chwile rozpocznie się boarding na nasz lot do Singapuru. To tylko 5 godzin stąd, a jakże różna kultura od naszej europejskiej. Mamy nadzieję, że Singapur nas mile zaskoczy, ale tak na prawde nie mamy zielonego pojęcia czego możemy się spodziewać. Okazało się, że mamy lekki nadbagaż i jeżeli czegoś nie wyrzucimy z walizek to z zakupów w Singapurze mogą być nici.
Zobaczymy, ale jedno jest pewne. Jeszcze tu kiedyś wrócimy. Dlatego piszemy do zobaczenia a nie żegnaj Australio.

Wysłane przez kstaniek 05.02.2008 14:31 Kategoria Australia Komentarze (1)

Wycieczka do Albany

Dzień drugi

all seasons in one day 26 °C
Zobacz Australian Dreamtime..... kstaniek's na mapie.

Wtorek, drugi dzień w Albany. Wstalismy wypoczęci i wyspani. Zjedliśmy śniadanko i wsiedliśmy do naszej Toyotki. Pogoda nie była zachęcająca i miejscami występowały tzw. showery, czyli przyjemne deszczyki. Nie zrażało nas to wcale i pojechaliśmy w kierunku Little Beach.
Nagle coś poruszyło się w otaczającym nas buszu i na drogę wyskoczył prawdziwy kangur. No! W końcu doczekaliśmy się. Ponieważ pogoda była niewyraźna i padał deszczyk leniwe z natury kangury udały się na żer.
Byliśmy tak podekscytowani, że z wrażenia nie zrobiliśmy zdjęcia. Na szczęście przytomnością umysłu wykazał sie Wujek i dzięki temu mamy przynajmniej jedno zdjęcie.
Kangaroo.jpg
Teraz możemy z całą pewnością potwierdzić. Kangury w Australii żyją na wolności, a nie tylko w Zoo. No i oczywiście mamy zwycięzcę konkursu. Pierwsza kangura wypatrzyła Agnieszka. Gratulacje !!! Agnieszka postanowiła wspaniałomyślnie przeznaczyć nagrodę na nasze dlasze podróże.
W końcu dojechaliśmy do Little Beach. Koniecznie kliknijcie ten link. To da wam obraz z góry tego co tam widzieliśmy.
Na początek ukazał nam się ten widok.
LittleBeach1.jpg
Widzicie te ogromne kamienie na plaży. Na zdjęciu satelitarnym też je widać.
Piasek był bielusieńki i trzeszczał pod nogami jak by się chodziło po mące ziemniaczanej.
LittleBeach2.jpg
LittleBeach3.jpg
Ale to nie była jeszcze Little Beach. Little Beach była schowana za tymi skałami po prawej.
LittleBeach4-skaly.jpg
Jak klikniecie na powiększenie zdjęcia satelitarnego, to zobaczycię taką rysę na skałach oddzielających tą plaże do Little Beach. To właśnie wyglądało tak.
Rysa1.jpg
Rysa2.jpg
Nie była to mała ryska tylko wielka szpara, którą trudno było pokonać dziewczynką. Mimo wszystko to one gnały na w nieznane. W końcu, jak prawdziwi odkrywcy dotarły na miejsce, głośno wołając nas żebyśmy przyszli zobacyć to cudo.
LittleBeach-m1.jpg
LittleBeach-m2.jpg
Do tej plaży można się dostać tylko pokonując te skały. Nie prowadzi tam żadna inna droga. I byliśmy tam sami. Pogoda nam sprzyjała, bo wyszło cudowne słońce.
Zostawiliśmy po sobie znak, może któryś z przelatujących w tym czasie satelitów zrobił zdjęcie i kiedyś bedzie można to zobaczyć w google maps.
thestanieks.jpg
Było tam tak pięknie, że postanowiliśmy się rozebrać i wskoczyć do oceanu, który wabił nas swoim nieprawdopodobmym kolorem. Zobaczcie, te skały za nami też widać na zdjęciu satelitarnym. Dzięki uprzejmości Ali mamy razem zdjęcie w tym niebiańskim zakątku świata. Dla takich chwil warto żyć. Nigdy nie zapomnimy tej tego delikatnego wiaterku, przejrzystej wody i zapachu oceanu.
LittleBeach-m3.jpg
Wyszliśmy z wody, osuszyliśmy się i wróciliśmy podziwiając widoki. Już przy samym aucie znowu zaczęło padać. Czyż to nie wspaniałe, że w ten pochmurny dzień znalazła się jedna słoneczna chwila, która pozwoliła nam się cieszyć w pełni urokami tego rajskiego zakątka świata?
Definitywnie to miejsce zyskuje status The Stanieks Approved Mana Source, czyli miejsce z którego wypływa energia życiowa. Jeżeli ktokolwiek z czytających będzie kiedyś w Albany musi tutaj zajrzeć.
Jadąc Valliant Road przez Two People Bay zauważyliśmy przepiękne drzewa nazywane tutaj Christmas Tree, z racji tego, że kwitą właśnie na święta Bożego Narodzenia.
xmasstree.jpg
Niestety padał już delikatny deszczyk i podjęliśmy decyzję, żeby opuścić Albany i udać się 54km dalej na zachód, do Denmark.
Miasteczko Denmark, zamieszkuje około 5000 mieszkańców, ale ta liczba znacząco się zwiększa podczas lata, kiedy to liczne domki letniskowe tętnią życiem. Pojechaliśmy do Denmark, bo chcieliśmy zobaczyć kolejny cud natury - Green Pools.
Green Pools to nazwa plaży nad zatoką William Bay, przy której natura stworzyła naturalne baseny rozrzucająć ogromne skały wzdłuż brzegu.
Zobaczcie sami.
GP1.jpg
GP2.jpg
GP3.jpg
GP4.jpg
GP5.jpg
GP6.jpg
GP7.jpg
gp8.jpg
gp-dziewczynki.jpg
W jednym z basenów rodzinka słoni postanowiła zażyć kąpieli.
slonie1.jpg
slonie2.jpg
slonik3.jpg
Niestety musieliśmy ruszać w dalszą drogę. Zatrzymaliśmy się po drodze w okolicach Nomalup na piknik i ostatecznie dojechalśmy do miejscowości Walpole a dokładnie na Gloucester Tree Lookout. Cała atrakcja oparta jest o możliwość wspięcia się na ogrome drzewo Kari. To na które wchodziłem miało 61m wysokości. Widok był niesamowity. Mogłem podziwiać las z wysokości trochę powyżej koron drzew. Trzeba bylo pokonać ponad 100 szczebli, a w zasadzie metalowych prętów wbitych naokoło drzewa, tworzących swoistą drabinkę.
Tree1.jpg
Tree2.jpg
Warto było jednak się tam wdrapać. W górze słychać było tylko powiew dosyć mocnego wiatru i cykady.
Tree-gora.jpg
To była ostatnia atrakcja tego dnia i około 23:00 wróciliśmy do Perth.

Wysłane przez kstaniek 03.02.2008 20:53 Kategoria Australia Komentarze (1)

(Wpisy 1 - 5 z 27) Strona [1] 2 3 4 5 6 »